– Alin.
– Tak?
– Kostik rozmawiał ze mną wczoraj.
Alina zamarła. Jej widelec spoczął na naleśniku.
– Przeczytałeś korespondencję.
— To nie było celowe. Telefon otworzył się…
– Wiem. Nie szukaj wymówek.
Galina Pietrowna wyłączyła piec. Wytarła ręce ręcznikiem. Powoli, ostrożnie, palec po palcu. Odwróciła się i oparła o blat.
„Chciałem to zrobić po cichu. Żebyś mógł znaleźć mieszkanie, a cena nagle okazałaby się niższa. Vadim obiecał, że to załatwi”.
– Dlaczego, Galina Pietrowna?– Dlaczego co?
— Dlaczego potajemnie? Czemu nie powiedziałeś?
Teściowa spojrzała na nią. Jej oczy były szare, z
żółtymi plamkami przy źrenicach. Alina wcześniej tego nie zauważyła. Nie przyglądała się tak uważnie.
„Bo Kostik by tego nie przyjął. A ty czułbyś się zobowiązany. A oboje wiemy, że i tak czujesz się… zbędny. W tym mieszkaniu.”
Alina chciała zaprotestować. Otworzyła usta, a potem je zamknęła.
„Wiem, że jestem trudną osobą” – kontynuowała Galina Pietrowna. „Nie jestem głupia. Widzę, jak milczysz. Jak wniosłaś kubek do pokoju. Jak cicho zamykasz drzwi, jakby przepraszając za to, że żyjesz”.
Przez chwilę milczała.
— Mam sześćdziesiąt dwa lata. Jestem sama od trzydziestu lat. Przyzwyczaiłam się, że
wszystko musi być po mojej myśli. A potem pojawiasz się ty. I ja mam ciasnotę. I ty masz ciasnotę. I wszyscy są nieszczęśliwi, i nikt nie jest winny.
– Galina Pietrowna…
– Poczekaj. Powiem ci.
Zdjęła okulary i wytarła je krawędzią fartucha.
„Zbierałam te pieniądze przez cztery lata. Nie trzy, cztery. Nawet zanim się wprowadziłeś. Kiedy Kostik powiedział mi, że chce mieć własne mieszkanie, zdecydowałam. Nie dla ciebie. Dla niego. Bo jestem jego matką i wiem, jak to jest żyć bez własnego mieszkania”.
Założyła okulary. Jej ręce lekko się trzęsły.
„Nie chcę,
żeby powtórzył moje życie. Trzydzieści lat w cudzym mieszkaniu, które stało się moim tylko dlatego, że nie miałam dokąd pójść”.
Alina poczuła, jak jej oczy zaczynają łzawić. Zamrugała. Spojrzała na talerz z naleśnikami.
„To twoje mieszkanie, Galino Pietrowna. Nie należy do nikogo innego.”
— Moje. Ale jestem w tym sama. A bycie samą jest jednocześnie domem i nie-domem.
Po tej rozmowie coś się zmieniło. Nie od razu. Nie z dnia na dzień. Ale Alina wyczuła zmianę w powietrzu.
Galina Pietrowna nadal komentowała chleb i pranie. Wieczorami nadal przesiadywała w kuchni z
krzyżówką. Ale teraz, między tymi komentarzami, Alina dostrzegła coś jeszcze. Zeszyty na półce. Haczyk w zrogowaciałych palcach. Korespondencję, której teściowa nie chciała nikomu ujawniać.
Zadzwoniła do Vadima.
– Wadim Siergiejewicz, to jest Alina, żona Konstantina.
– Tak, słucham.
— Wiem o umowie z Galiną Pietrowną.
Cisza na linii.
„Musisz szukać dalej. Ale teraz chcę poznać prawdziwe ceny. Bez rabatów”.
– Zrozumiałem.
— I jeszcze jedno. Nie mów jej, że dzwoniłem.
– Cienki.
Alina się rozłączyła i otworzyła laptopa. Przeliczyła. Gdyby dodali do oszczędności pięcioletni kredyt hipoteczny, wystarczyłoby im na dwupokojowe mieszkanie. Nie w centrum. Gdzieś w
Lublinie albo Maryinie. Z kuchnią przechodnią i oknami wychodzącymi na dziedziniec.
Do mieszkania dwupokojowego.
Usiadła i spojrzała na liczby. I po raz pierwszy od trzech lat nie myślała o tym, jak uciec od teściowej. Tylko o tym, dokąd z nią pojechać.
Powiedziała o tym Kostikowi wieczorem.
– Chcę, żebyśmy poszukali mieszkania dwupokojowego.
— Szukamy mieszkania dwupokojowego.
– Nie. Mieszkanie dwupokojowe dla trzech osób.
Odwrócił się do niej. Powoli, jakby nie słyszał.
– Pod względem?
– Chcę zabrać twoją matkę.
Kostik milczał przez jakieś dwadzieścia sekund. Alina liczyła.
„Alin, znosisz to od trzech lat. Widziałem to.
Zwariowałeś?”
– Może.
– Ona męczy cię każdego dnia.
– Ja wiem.
– Jest ci z nią ciężko.
– Wiem. Ale samej będzie jej trudniej.
Usiadł na brzegu łóżka i pocierał twarz dłońmi.
– Ona się nie zgodzi.
– Zgodzi się.
– Skąd wiesz?
„Bo przez cztery lata dziergała szale, żebyśmy mogli wyjechać. Osoba, która to robi, nie chce być sama, Kostia. Po prostu nie wie, jak prosić”.
Kostik opuścił ręce. Spojrzał na nią. W jego oczach było coś, czego Alina nie widziała od dawna: nie wdzięczność, nie zaskoczenie. Coś ciepłego i lekko zdezorientowanego, jak u dziecka, któremu
coś się znowu zgubiło.
– Mówisz poważnie?
– Tak.
– A co jeśli znów będę miał kubek?
— Kupię drugi. Położę go na obu półkach.
Parsknął. Potem zaśmiał się cicho, w dłoń.
– Okej. Szukamy mieszkania dwupokojowego.Vadim znalazł odpowiednie mieszkanie trzy tygodnie później. Maryino, piąte piętro, dwa okna od strony wschodniej, dziewięciometrowa kuchnia. Świeżo wyremontowane; poprzedni właściciele przeprowadzili się do Kaługi.
Ruszyli we trójkę. Galina Pietrowna szła ostatnia, trzymając się poręczy. Zatrzymała się na półpiętrze i złapała oddech.
– Wysoki.
– Tu jest winda, mamo.
— Winda jest zepsuta.
– Ten jest nowy.
Weszła do mieszkania i przeszła
przez pokoje. Dotknęła ścian opuszkami palców. Odkręciła kran w kuchni: woda popłynęła natychmiast, gładko, bez stuknięcia.
„Kran nie przecieka” – powiedziała.
Alina się uśmiechnęła.
— Nie przecieka.
Galina Pietrowna stała przy oknie. Na dole było podwórko: plac zabaw, ławki, trzy brzozy z młodymi liśćmi.
„Brzozy” – powiedziała cicho.
Potem się odwróciła.
– Który pokój powinienem wziąć?
— Ten większy. Z oknem wychodzącym na wschód. Rano będzie słońce.
Teściowa spojrzała na synową. Jej twarz była nieruchoma, usta zaciśnięte. Ale oczy błyszczały.
– Dam ci pieniądze.
– Ja wiem.
– Skąd wiesz?
– Wiem i tyle.
Galina Pietrowna otworzyła usta, zamknęła
je. Odwróciła się do okna.
„Brzozy” – powtórzyła.
I nie powiedziała nic więcej.
Formalności trwały półtora miesiąca. Kredyt hipoteczny został zatwierdzony za drugim razem. Galina Pietrowna wręczyła pięćset tysięcy, a Kostik przyjął je w milczeniu, jedynie przytulając matkę długo i niezręcznie w korytarzu, tak długo, że poklepała go po plecach i powiedziała:
– No cóż, wystarczy. Nie wyślesz go na wojnę.
Przeprowadziliśmy się w czerwcu. Temperatura wynosiła 33 stopnie Celsjusza, przeprowadzkowcy byli spoceni, a kartony ciężkie. Alina niosła torby z drobiazgami: naczyniami, ręcznikami, książkami. Galina Pietrowna sama niosła żeliwną patelnię. Nikomu innemu
nie ufała.
W nowym mieszkaniu pachniało świeżą farbą i plastikiem. Alina otworzyła okno. Do środka wpadało ciepłe powietrze, pachnące topolami i czymś słodkim, jakby w pobliżu była piekarnia.
Wyjęła kubek. Biały, z zieloną obwódką. Otworzyła szafkę nad zlewem. Dwie półki. Postawiła kubek na górnej.
Stałem tam chwilę. Zdjąłem to. Położyłem na dole.Galina Pietrowna wyszła z pokoju.
– Alin, dokąd mamy przenieść szafę?
– Pokażę ci teraz.
— I zagotuj wodę. Przeprowadzka wymaga herbaty. Są wyczerpani.
Alina włączyła czajnik. Kuchenka była gazowa, płomień bił niebieskim, równym płomieniem. Czajnik syczał.
Spojrzała na teściową. Stała
w drzwiach pokoju, ubrana w ten sam bordowy szlafrok, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Jej usta były zaciśnięte.
Wszystko jest takie samo jak trzy lata temu.
I wszystko jest inne.
Tej nocy, gdy Galina Pietrowna zasnęła, a Kostik poszedł znieść ostatnie kartony na dół, Alina stała w kuchni swojego nowego mieszkania. Nie zapaliła światła. Latarnia uliczna rzucała żółtą plamę na ścianę.
Dziewięć metrów kuchni. Kuchenka gazowa. Okno z widokiem na brzozy.
Otworzyła szafkę. Zdjęła kubek z dolnej półki, na której go położyła. Trzymała go w dłoniach.
Odłożyłem go z powrotem.
Na dolnym.
Niech tak zostanie.
Drzwi zatrzasnęły się na korytarzu. Kostik wrócił, ciężko dysząc.
— To wszystko. Ostatnie pudełko.
– Chodź tutaj.
– Co?
– Po prostu idź.
Wszedł do kuchni. Przytuliła go. On odwzajemnił uścisk. Stali w ciemności, w obcym mieszkaniu, które pachniało farbą i topolami, a za ścianą spała kobieta, która przez cztery lata dziergała szale, żeby jej syn mógł żyć własnym życiem.
A teraz zamieszkała z nimi.
Alina przycisnęła czoło do jego ramienia. Jego kurtka pachniała kurzem i klatką schodową.
– Kość.
– Mhm?
— Nie ruszaj kubka.
– Który kubek?
– Żadnego. Dobranoc.
Nie zrozumiał.
Ale nie pytał ponownie.
Na parapecie w pokoju Galiny Pietrowna stał kaktus. Był mały, z dwiema gałązkami. Przyniosła go ze swojego starego mieszkania w torbie owiniętej w gazetę.
Ziemia w doniczce była sucha. Ale kaktusy nie potrzebują wiele.
Stanął na parapecie i spojrzał na brzozy. Po raz pierwszy od wielu lat okno wychodziło na wschód.
Jutro rano będzie słońce.